Orbán, Putin i polskie złudzenia. Co poszło nie tak?
Siedzę właśnie przy biurku, za oknem słychać stukot przejeżdżającego tramwaju, a w głowie wciąż kołaczą mi się słowa Artura Bartkiewicza z ostatniego podcastu Misryoum. To nie była zwykła rozmowa o polityce, raczej diagnoza, po której człowiek ma ochotę zapytać: jak myśmy do tego w ogóle dopuścili? Sedno problemu, zdaniem gościa, tkwi w tym, że polska prawica przez lata uprawiała jakąś dziwną formę politycznego hazardu, stawiając na Viktora Orbána w nadziei, że rosyjski niedźwiedź po prostu sobie pójdzie albo – co gorsza – wcale nie jest taki groźny, jak mówią.
Bartkiewicz stawia sprawę jasno i w zasadzie bez owijania w bawełnę: polityka Budapesztu była w rażącej sprzeczności z naszymi interesami. Węgry pod wodzą Orbána stały się w Unii Europejskiej swoistą piątą kolumną Kremla. I tu pojawia się ten moment, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze jest strategia, czy już czyste wyrachowanie. – Z punktu widzenia Polski wszystko, co osłabia pozycję Rosji w Europie, jest korzystne – mówi Bartkiewicz, przypominając oczywistą, choć czasem wypieraną prawdę. Bo Rosja to nie jest konkurent biznesowy, z którym można się pokłócić i pogodzić. To zagrożenie egzystencjalne, które wciąż chce nas – czy nam się to podoba, czy nie – wciągnąć w swoje granice, marząc o wskrzeszeniu klimatu Związku Radzieckiego.
Skąd ta fascynacja? Bartkiewicz tłumaczy to uzależnieniem, świadomym i głębokim, od rosyjskich surowców. Węgry próbowały być pośrednikiem, taką „zachodnią Białorusią”, co z naszej perspektywy brzmi niemal jak zdrada – mieć kogoś wewnątrz struktur europejskich, kto w zasadzie donosi na nas do Moskwy. To w ogóle brzmi przerażająco, gdy tak pomyśleć przy kawie.
„To jest to szaleństwo politycznych kompasów” – stwierdza rozmówca, odnosząc się do polskich polityków, dla których ważniejsza niż realne zagrożenie stała się walka z integracją europejską. Liczyli, że zagrożenie ze Wschodu się nie zmaterializuje, albo może, że jakoś to będzie? Nie wiem, chyba po prostu za bardzo chcieli wierzyć w najmniej groźny scenariusz. A w polityce, jak zauważa słusznie Bartkiewicz, nadzieja to za mało. Trzeba się przygotować na najgorsze, nawet jeśli bardzo byśmy chcieli, żeby wszystko skończyło się dobrze.
I jeszcze ten wątek USA. Europa przez lata „jeździła na gapę”, licząc na amerykański parasol ochronny. Donald Trump tylko to wykrzyczał w twarz, zmuszając nas wszystkich do bolesnej refleksji nad własną bezbronnością. Czy dzisiaj jesteśmy mądrzejsi? Trudno powiedzieć, bo trendy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Wszystko wisi na włosku, zależy od nastrojów wyborców, od cen w sklepach, od tego, co akurat dzieje się za ścianą. Czasem mam wrażenie, że stoimy w miejscu, czekając na impuls, który znowu zmieni wszystko. A może po prostu już nie umiemy patrzeć w przyszłość bez niepokoju?