Messi wciąż rządził, ale Inter Miami stracił prowadzenie. Ten mecz przejdzie do historii

Inter Miami prowadziło 3:0 po golu i asyście Messiego, lecz przegrało 3:4 z Orlando City. Kilka trafień i katastrofalna końcówka zrobiły różnicę.
Leo Messi strzelił jak w piosence o mistrzach, a i tak to spotkanie wymknęło się Interowi Miami z rąk.
W niedzielną noc Argentyńczyk dopiął swoje w barwach zespołu z Florydy, a kluczowe momenty meczu zaczęły się już po ponad pół godzinie gry. Wtedy Inter prowadził 3:0, a Messi podwyższył wynik po akcji z własnym zwodem i bardzo mocnym strzałem lewą nogą.
To był jednocześnie jubileuszowy, 100. występ Messiego w barwach Interu Miami. A jednak futbol, jak często pokazuje, potrafi wywrócić wszystko do góry nogami, nawet gdy wszystko układa się idealnie.
W kolejnych minutach tempo spotkania wyraźnie zmieniło kierunek, a Orlando City zaczęło odrabiać straty. Wymieniane w relacji gole sprawiły, że bramkarz Interu coraz częściej musiał wyciągać piłkę z siatki.
Kluczowe okazały się trafienia i momenty przełomowe dla gości, które szybko odbierały gospodarzom kontrolę. W końcówce to Orlando City zdołało przechylić losy rywalizacji na swoją korzyść, a zwycięstwo przypieczętował Tyrese Spicer, zdobywając bramkę w trzeciej minucie doliczonego czasu gry.
Po takim meczu łatwo zrozumieć zdenerwowanie piłkarzy Interu. W tym sporcie nawet świetny start i duża przewaga nie gwarantują bezpiecznego wyniku do końcowego gwizdka.
Interowi nie pomogły też prowadzenie 3:0 i świetna dyspozycja Messiego w pierwszej części spotkania. W pomeczowych wypowiedziach pojawiły się pretensje do pracy sędziów, w tym do decyzji dotyczącej rzutu karnego, który miał miejsce w 79. minucie.
Ostatecznie Inter Miami przegrało z Orlando City 3:4. Strzelcami dla gospodarzy byli Ian Fray, Telasco Segovia oraz Leo Messi, a po stronie rywali trafienia zapisali na swoim koncie m.in. Martin Ojeda i Tyrese Spicer.
Dla układanki w tabeli to też ważna informacja: Inter pozostaje trzeci w Konferencji Wschodniej i ma 19 punktów po 11 meczach. Jednocześnie lider Nashville ma cztery „oczka” więcej i rozegrał jeszcze o jedno spotkanie mniej.
Na koniec warto podkreślić, że takie mecze zostają w głowach na długo. Pokazują, dlaczego w MLS liczy się nie tylko to, kto strzela pierwsze bramki, lecz przede wszystkim to, kto utrzyma rytm wtedy, gdy gra zaczyna się rozsypywać.