Kaczyński o Magyarze: Nie będę mu składał gratulacji

W sejmowych korytarzach unosił się zapach taniej kawy, a atmosfera była gęsta od emocji, gdy Jarosław Kaczyński w krótkich żołnierskich słowach skomentował wynik wyborów na Węgrzech. Prezes PiS nie przebierał w słowach, jasno dając do zrozumienia, co myśli o Peterze Magyarze, nowym człowieku na węgierskiej scenie politycznej. – Takich ludzi po prostu w życiu publicznym Polski, Europy i świata być nie powinno – wypalił w stronę dziennikarzy, ucinaąc wszelkie spekulacje na temat ewentualnych gratulacji. Cóż, żadnych nie będzie.
To, co dzieje się teraz w Budapeszcie, to dla obozu Jarosława Kaczyńskiego spore tąpnięcie. Viktor Orban, po szesnastu latach rządów, musi ustąpić miejsca, a partia Magyara zgarnęła aż 137 ze 199 miejsc w Zgromadzeniu Narodowym. Prezes PiS nazywa to wręcz przejawem “zupełnej znieczulicy społeczeństw europejskich na fakty”. Trudno nie odnieść wrażenia, że patrzy na to z głębokim niedowierzaniem, jakby sam proces zmian był czymś wręcz niemożliwym do zaakceptowania.
Najbardziej jednak emocjonującym wątkiem całej tej przepychanki jest los Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego. Obaj politycy, szukając azylu w cieniu rządów Orbana, mogą teraz poczuć grunt pod nogami znacznie mniej stabilny niż dotychczas. Magyar, nowy węgierski lider, już zdążył ogłosić, że Węgry nie będą żadnym “wysypiskiem dla przestępców”. – Nie zostaną tam długo – zapowiedział, co wprost sugeruje, że dni ich swobody mogą być policzone.
Kaczyński ma nadzieję, że do żadnej ekstradycji nie dojdzie, bo jak twierdzi – co zresztą powtarza przy każdej okazji – w Polsce jego ludzie nie mają szans na rzetelny proces. – To budowa dyktatury – rzucił w pewnym momencie, jakby chciał zamknąć temat w jednym, mocnym zdaniu, choć widać było, że myślami jest gdzieś dalej, może przy analizie tego, co ten wynik oznacza dla samej polskiej prawicy.
Czy to osłabi sojusze? Prezes twierdzi, że bez przesady. Zresztą, według niego, poparcie Orbana przez Karola Nawrockiego nie było błędem. Bo przecież w polityce liczą się sojusznicy, a Orban takim dla Polski był. Czasem mam wrażenie, że te stare układy, choć kruszeją, wciąż trzymają się mocno w retoryce polityków.
Ziobro, Romanowski, Fundusz Sprawiedliwości… to się wszystko tak ze sobą splata, że trudno już czasem nadążyć, kto jest gdzie i o co tak naprawdę toczy się gra. Może to tylko kwestia czasu, aż wszystko się wyjaśni. Albo może nie?